Jak mi się już zdarza czytać dla przyjemności, a nie po to, żeby wyłapać w tekście błędy, to czytam różne rzeczy. Wreszcie udało mi się przeczytać książkę Małgorzaty Halber. Tę o tym najgorszym.
Bałam się tej książki z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że ją wiele osób polecało, a jakoś tak się składa, że jak poleca większość, to ja potem jestem rozczarowana i mam pretensje do świata, że mi zawracał głowę czymś, co mogło być na przykład jakąś XIX-wieczną powieścią.
Bałam się, że będzie za lekko i że będę miała żal, że można było inaczej.
Bałam się, że będzie za ciężko i że mnie bezradność i osobiste traumy wielopokoleniowe zeżrą i wysrają (żeby nie było za kolorowo).
Bałam się niepotrzebnie i książkę polecam, bo nie ma w Polce tematu, który jest bardziej wyśmiany, zlekceważony, zamieciony pod dywan niż alkoholizm. Konkuruje z nim co prawda depresja, ale mimo wszystko więcej działa się na rzecz uświadamiania w tym temacie, niż na rzecz mówienia o tym, że alkoholizm to choroba, a nie świadomy wybór. Bo nikt świadomie nie wybiera choroby i nie takie to wszystko czarno-białe, jak się wielu mądrym ludziom wydaje.
I nie masz, Świecie, pojęcia, ile bym dała, żebyś się chociaż raz zastanowił, czy osiedlowy spożywczak albo stacja benzynowa, to na pewno dobre miejsca do ustawienia regału z wódą.
A wracając do książki – tak, polecam.

Dodaj komentarz